Busz po polsku – Ryszard Kapuściński
Jest to pierwsza książka Ryszarda Kapuścińskiego, którą czytałem i pierwsza książka autora, która została wydana. Wiem, że wielkim (nie tylko) pisarzem był Kapuściński i czułem pewnego rodzaju wstyd, że nie poznałem dotychczas jego twórczości. “Busz po polsku” jest zbiorem 16 reportaży, które ukazywały się w tygodniku Polityka w latach 1958-1961. Dzieło zostało wydane po raz pierwszy w roku 1962. Ja do dyspozycji miałem III wydanie Czytelnika z roku 1979, które zachowało się w stanie dobrym, dzięki czemu mogłem doznać tak lubianego przeze mnie uczucia obcowania ze starą książką.
Często było tak, że po skończeniu reportażu zamiast zagłębić się w kolejny, zastanawiałem się nad tym co właśnie przeczytałem. Zdarzało się nawet, że w trakcie czytania robiłem chwilę przerwy, by przetrawić jeszcze raz i raz jeszcze fragment, który właśnie przeczytałem. Zanim sięgnąłem po książkę byłem raczej sceptycznie nastawiony do autora (słyszałem, że mało ciekawie pisze) i po prostu chciałem mieć już za sobą kontakt ze stylem Kapuścińskiego. Nie rokowałem szczególnych nadziei na to, że będę odczuwał jakąś szczególną chęć do sięgnięcia po jego kolejne dzieła, ale już po drugim opowiadaniu pokochałem jego sposób pisania. Każde z opowiadań było wartościowe i warte poświęconych mu chwil. Wydaje mi się, że “Busz po polsku” będzie jedną z ważniejszych książek, które ukształtują mnie jako czytelnika. Jeśli miałbym wybrać jeden z reportaży, który najbardziej utkwił mi w pamięci, to obecnie postawiłbym na Wielki rzut. Jest to tekst, który jakoś szczególnie do mnie trafił i dał niezłego kopa motywującego, choć nie jestem przekonany, by taki był zamysł autora.
Zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, bo jak już pisałem, naprawdę warto. Będąc ostatnio w Empiku dojrzałem serię książek Kapuścińskiego wydawaną przez któryś z tytułów prasowych i wśród nich był właśnie “Busz po polsku” w cenie niecałych 20 PLN.
Książką tą rozpocząłem maraton 52 książek w 2010 roku i start mam wyjątkowo udany
.
UPDATE 13.02.2009: Powszechnie znany (i równie dyskusyjny) jest pogląd, że pierwsze zdanie z książki jest najważniejsze. Nie będę nawet się zastanawiał czy to dewiacja głównie autorów, krytyków, czy czytelników, bo mnie to zupełnie nie interesuje. Niejednokrotnie też słyszałem, że to ostatnie zdanie jest najważniejsze, bo to ono zostaje w pamięci- imo równie głupi pomysł. Kiedyś czytałem o osobie, która przed zakupem książki czyta pierwsze i ostatnie zdanie, i na tej podstawie decyduje o kupnie. Ok, to też jest głupi pomysł, ale ciekawy na tyle, że postanowiłem do każdego opisu książki, którą przeczytam dodawać dwa cytaty- właśnie pierwsze i ostatnie zdanie. Jest to dla mnie wyłącznie humorystyczna sprawa, więc zapraszam na zabawę z “Buszem po polsku”:
Same powiedziały, jak to się narodziło. Nie widzą, nic nie widać, noc, Mpango, zwarty busz, Ghana, dogasają ogniska, starcy idą spać, my też zaraz (o świcie odjazd), Nana drzemie, gdzieś pada śnieg, kobiety jak Murzynki, myśli, uczą czytać, coś takiego powiedział, myśli, mieli wojnę, uuuch wojna, coś powiedział, tak, brak kolonii, brak kolonii, ten kraj, Polska, biały, a nie ma kolonii, myśli, burz krzyczy, dziwny ten świat.
Długie te ostatnie zdanie Kapuściński napisał, ale gdybym miał zastosować metodę eliminacji na podstawie tych zdań, to zdecydowanie kupiłbym tę książkę.



Link do komentarza
Ten “Busz po polsku” to nie jest całość. Dopiero wydanie “Agory” z zeszłego roku składa się z wszystkich 21 reportaży.
http://bytowisko.pl/?p=1048
Link do komentarza
Dzięki za informację. Gdy następnym razem trafię na wydanie Agory, to je kupię. Zdecydowanie warto mieć tę książkę na swojej półce.
Link do komentarza
dobry poczatek
Link do komentarza
Zupelnie niedawno odkrylam Kapuscinskiego. Oczywiscie znalam jego nazwisko, jednak mieszkajac na stale poza granicami Polski (20 lat) i obcujac raczej z literatura anglojęzyczna, mozna powiedziec ze wyparlam sie literatury polskiej na dlugie lata. Wychodzilam z zalozenia ze jest ona siermiezna, trudna, prostacka i nikogo nic nie obchodzi (parafrazujac Jerzego Pilcha z Polityki). Nagle jednak powrocilam na lono tego co polskie jak corka marnotrawna i wcale tego nie zaluje. Miedzy innymi znalazlam w bibliotece kapuscinskiego i zeby bylo smieszniej Imperium najpierw przegladalam po angielsku (nie mieli orygnalu w tym dniu) a potem dostalam po polsku, grzecznie najpierw czekajac jakies trzy tygodnie w kolejce. Jego proza jest poprostu wielka. Bez wzgledu na to co mowia o nim i jego wiernosci faktom. Tak sie zlozylo ze on byl w Armenii prawie w tym samym czasie co ja. Dlatego moge stwierdzic ze tamten czas (1989) pisal wiernie i oddal atmosfere rozpadajacego sie z hukiem kolosa. Szczegonie utkwil mi w pamieci jego opis lotniska na ktorym tez koczowalam, na szczescie tylko pol nocy. Jednak zeby znalezc sie w samolocie walczylam jak lwica, rozpychalam sie, krzyczalam i trzymalam niemalze za pole marynarki pilota. Potem znow doznalam czegos stakiego jak “dokad lecimy?
Ano z glosniow poplynal slodki glos stewardessy ze na szeremietiewo jako ze wszyscy ktorzy leca sa zinteresowani lotami miedzynarodowymi. Wyladowalismy na wnukowie. Moje bagaze staly wprost na ulicy i juz paru tambylcow interesowao sie nimi. Wyrwalam co moje z loskotem wyzwisk i zagarnelam bezprawnie, bo bez kolejki taksowke. Wzesniej wykrzyczalam ze samolot do Warszawy ma na mnie czekac. Czekal
wierze zatem w kazde slowo o Imperium jakie napisal Kapuscinski. pozdrawiam halina
ps. Tak mi zal ze nie moge o tym do niego napisac.